Tramp koło turystyczne przy Liceum Sióstr Urszulanek w Rybniku

Operacja Haczyk
(Poobozowe wspomnienia opiekuna obozowego)

logo autorstwa Joanny Kucharczak

Krościenko było wymarzonym miejscem do przeprowadzenia akcji: mieścina niewielka, dobra widoczność, dużo turystów, mało policji. Byliśmy przekonani, że operacja "Haczyk" , tak jak zawsze, dostarczy nam niezapomnianych wrażeń, a strumień odżywczej adrenaliny przetoczy się przez nasze tkanki. Cel był jak zawsze ten sam: schwytać miejscowego kierowcę busika i zmusić go do obwożenia naszej elitarnej grupy przez tak długo jak się da, tak daleko jak się da i za tyle, za ile się da (Jak się nie da , to kierowca ma problem). Choć na pozór wszystko może wydawać się dziecinną igraszką w rzeczywistości operacja jest ryzykowna i niebezpieczna, gdyż nigdy nie wiadomo kto się złapie (arogant opryskliwy, odludek niekomunikatywny, rozrabiaka nieujarzmialny, rambo pospolity itp.). Byliśmy gotowi na wszystko.

Kiedy nasza zwarta grupa wysypała się z autobusu w mieście ucichło. Psy podkuliły ogony i na wszelki wypadek ukryły się w bramach i na klatkach schodowych; koty przeczuwające, że coś wisi w powietrzu pierzchły do kanałów, a ptaki odleciały na Słowację; kapela ludowa nagle przestała grać i momentalnie porwała wszystkie instrumenty wywożąc je do pobliskiej Szczawnicy; rodzice powyłapywali swoje beztrosko bawiące się nieopodal dzieci i razem z nimi schronili się pod mostem na Dunajcu; okiennice okolicznych domostw pozamykały się z hukiem. Jedynie lipcowe słońce zdawało się pozostać na miejscu- oświetlało nasze srogie i zacięte twarze, podczas gdy my stanęliśmy jeden obok drugiego, nieruchomi, nieprzejednani, groźni. Wiedzieliśmy, że nie ma już odwrotu.

Sygnał do ataku dała pani Gabrysia, główny koordynator akcji, a był to okrzyk: -Do ataku! Do ataku przystąpiła jednak tylko pani Gabrysia, gdyż reszta grupy przez pomyłkę rzuciła się w odwrotną stronę i zaatakowała stoisko z bananami raniąc 2 pętające się turystki z Pcimia i uszkadzając tylny zderzak samochodu dostawczego marki "Żuk" (szkody pokryliśmy później z pieniędzy przeznaczonych tradycyjnie na taksówki dla opiekunów).

Pani Gabrysia tymczasem nie próżnowała. Jej przenikliwy wzrok spoczął już na ofierze. Był to tęgi jegomość o jaskrawo błyszczącej w słońcu łysinie, który z niepospolitym entuzjazmem wsuwał potężnych rozmiarów zapiekankę niemalże okrytą w nadmiarze krwistoczerwonego keczupu. Mężczyzna miał nieco przekrwione oczy, dość wydatne nozdrza, przeciętą wargę oraz upaćkanego w pomidorowym sosie wąsa o wściekle brunatnej barwie. Co jakiś czas z rozgrzanej jego głowy spływała strużka przedpołudniowego potu, która błądząc przez chwilę po mięsistych i rozpalonych policzkach, a następnie wprawiana w szybszy ruch poprzez energicznie przeżuwanie zapiekanki i radosne zagarnianie językiem resztek keczupu z wąsów skapywała z potrójnego podbródka wprost na duży paluch mężczyzny wystający sromotnie z pocerowanej do granic możliwości skarpety włożonej wespół ze stopą w nadwątlony różowy klapek. Tak intrygująca, acz godna pożałowania aparycja jegomościa targnęła litością pani Gabrysi. Już miała otworzyć doń usta, aby poprosić o wożenie (czytaj: kazać na wozić) kiedy niczym rącza łania podskoczyła do niej Marysia G. I wbijając swe pazurki w powłoki skórne swojej opiekunki zawołała przenikliwym głosem: - "Nie tego!! Tamtego!!!- i tu oczy wszystkich obozowiczów zgodnie z kierunkiem wytyczonym przez z lekka drżący palec wskazujący Marysi podążyły w stronę skromnego młodzieńca, którego włosy podążały w kierunku jak najbardziej pionowym. Nie wiadomo, czy pani Gabrysia przestraszyła się tygrysiego okrzyku swojej podopiecznej, lubo też nie chciała wdawać się w zatarg z Marysią, która w tym stanie stwarzała istotne niebezpieczeństwo dla otoczenia, tak czy inaczej ofiarą akcji "Haczyk" pod nieoczekiwanym dowództwem Marysi G. Padł pan Paweł.

Od tej chwili między obojgiem istrzyło już przez resztę obozu nie zawsze z pożytkiem dla innych:

"Pójdę ja Maryś z Krościenka do Ełku, za Tobą, hej dana! Mój miły Pawełku!"

lub:

"Poszłabym Pawełku z Tobą w obereczek, kiebym tak wiedziała, gdzie jest Twój domeczek"

czy też:

"Byśmy se rączęta grzali przy ognisku, Kiebym nie musiała zostawać w schronisku"

Wielokrotnie podejmowaliśmy próby uspokojenia rozśpiewanej, a nieraz i roztańczonej Marysi, ale na próżno. Wielokrotnie próbowaliśmy też zasnąć, ale również bezskutecznie choć trzeba wspomnieć o niektórych metodach, np.:

początek strony

powrót do strony pierwszej

powrót do strony poświęconej obozowi szóstemu


TRAMP - koło turystyczne przy Liceum Sióstr Urszulanek w Rybniku etramp@poczta.onet.pl