Tramp koło turystyczne przy Liceum Sióstr Urszulanek w Rybniku

Trampowska oda do chaszcza

logo autorstwa Joanny Kucharczak

Idą TRAMPY połoniną
Nie śpiewają, wodę piją
Ach Trampusie- dzielne, zgrabne
podziwiają co jest ładne
małe chmurki, duże górki
biedroneczki i pszczółeczki
Na przedzie grupy pani Gabrysia bieży
za nią ciśnie reszta młodzieży
Pierwsza, najsłabsza idzie Monika
niosąc proporzec już się nie potyka
Za nią Morela tempa pilnuje
Nie wchodzi w błotko i butów nie psuje
Tuż za Morelką Kasia się snuje
i piękno Bieszczadów kontempluje
Za Kaśką Żymła idzie w milczeniu
lecz wcale nie myśli o zmęczeniu
potem Anita a ciemnym na głowie lokiem
idzie bardzo sprężystym krokiem
następna: Magda- wciąż nie ma ochoty
na starotrampowskie psoty
Marysia D. wciąż narzekała
a narzekając się opalała
Monika K. to super dziewczyna
każde zmęczenie przetrzyma
Obie Agnieszki idą obok siebie
i podziwiają chórki na niebie
Marysia telefon na szczycie odebrała
i o dziwo! o polityce nie rozmawiała
Justynę ząb boli- biedna dziewczyna
nie masz dentysty na połoninach
Julia Alicję błotem ochlapała
Pasi się długo z Alicji śmiała
Beatka szykuje nam śniadanie
niezbędna jest też do rachunków podliczania
Iza z kolei ma telefon komórkowy
łączy się z domem bez łamania głowy
Za to Hania rzadko dzwoni do domu
i nigdy nie skarży się nikomu
na końcu grupy idzie pan L.
On robi zdjęcia jak jakiś rzemieślnik
I tak wędrują TRAMPY trampego
nie robią przy tym przestępstwa żadnego
nie jedzą borówek, nie schodzą ze szlaku
piękno widzą w każdym robaku
jeśli Trampem jesteś prawdziwym
nie jęczysz, nie stękasz na widok pokrzywy
niech żyje chaszcz, niech żyje błoto
bo chaszcz i błoto są właśnie po to
by cieszyć Trampa oko
i w pamięci tkwić głęboko!

autorki: Małgorzata B. oraz Monika K. czyli Żymła & Żymła

Opinia opiekuna obozu po dwóch tygodniach wnikliwej obserwacji:

Małgorzata M.: Podejrzanie ochoczo zaoferowała się robić zakupy i codziennie rano wypuszczała się na sklepy aby powybierać z półek najlepsze kąski i natychmiast je skonsumować lub ukryć na potem. Pozostałym obozowiczom kupowała najtańsze i przeterminowane produkty z przeceny m. in. puszki pasztetu z wydętym denkiem oraz wędlinę z przemytu przez co cały kilkukilogramowy zapas węgla leczniczego z apteczki bardzo szybko się skończył. Kiedy wszelkie poszlaki wskazywały, że jest ona główną winowajczynią, szybko wybiła sobie palec, aby wzbudzić politowanie u wygłodniałych obozowiczów i odwrócić ich uwagę.

Iza W.: Zabrała ze sobą telefon sieci Idea aby stale wykazywać wyższość nad tymi, którzy wzięli telefony innych sieci. Kiedy ci drudzy daremnie starali się złapać zasięg potrząsając aparatami, dmuchając do słuchawki i pocierając za antenki, Iza demonstarcyjnie wyciągała swój telefon po czym łączyła się z całym światem z uśmiechem na twarzy i słowami: - O! Jakże wspaniale odbiera mi mój telefon! Za korzystanie ze swego telefonu pobierała bardzo wysokie opłaty, które następnie przeznaczała na zakup drogiej żywności.

Marysia D.: Posiadaczka dużego futerału kształtem przypominającego gitarę. Był on doskonałym miejscem na ukrycie żywności, którą przytachała ze sobą z domu w (słusznej) obawie przed głodem. Dla pozorów grała czasem na gitarze, choć struny nosiły wyraźne ślady roztopionych batoników a z dziury pudła ulatywał delikatny zapach sera. Pod osłoną nocy wyciągała z futerału rarytasy spod Raciborza po czym je pałaszowała.

Alicja W.: Typowa cicha woda. Długo długo nic, a wystarczyła jedna wiejska potańcówka, aby poczuła w sobie inwazję mocy; zupełnie nie akceptowała "wolnych kawałków", gdyż nie czuła wtedy wiatru we włosach. Młodzież uczestnicząca w zabawie nie mogła wyjść z podziwu. Alicja nie mogła zaś wyjść z komisariatu policji, gdzie liczono szkody. Na obóz pojechała między innymi w celu wyprania brudnych skarpetek przywiezionych z domu.

Julia Sz.: Prawdopodobnie agent FBI. Od samego początku podejrzanie spokojna i nie zwracająca na siebie uwagi- typowa agenturalna postawa. Przypuszczalnie miała stałe połączenie z Ministerstwem Edukacji Narodowej i przesyłała tajne informacje na temat zachowania opiekunów oraz warunków pobytu w schroniskach młodzieżowych. Chcąc bezpośrednio telefonicznie skontaktować się z innymi agentami, celowo przypiekała sobie skórę na słońcu i nazywając to sprytnie odczynem alergicznym powłok skórnych próbowała zostać w schronisku: na szczęście bezskutecznie.

Justyna S.: Zdecydowanie największy symulant obozowy. Symulację rozpoczęła we wsi Czarna a kontynuowała w Wetlinie, że niby ząb czy coś takiego. W rzeczywistości chciała na jakiś czas oderwać się od grupy aby bez dozoru chodzić w tym czasie do drogich restauracji, korzystać z sauny i jeździć taksówkami, a wszystko na koszt obozu. Podczas schodzenia z gór symulowała lęk wysokości tylko po to, aby ktoś wziął ją na barana, gdyż chciała zobaczyć, jak wygląda przepuklina.

Beata T.: Jawnie udzialała pomocy symulantom obozu, zostając w schronisku i wydając ogromne kwoty pieniędzy na rozmaite uciechy i rozrywki. Przez jej ręce przechodziły wszystkie rachunki obozowe, to ona kontrolowała finanse, miała dostęp do skarbca. Afera "symulant" była praktycznie nie do wykrycia, najprawdopodobniej macki afery sięgają znacznie dalej. Osobiście Beata zajmowała się również robieniem pieczątek, które potrzebne jej były do wystawiania lewych rachunków przez co naraziła skarb państwa na straty ok. 45 zł. Na dzień dzisiejszy kwota ta jest właściwie nie do odzyskania.

Kasia S.: Znikneła niespodziewanie na 2 dni co oficjalnie tłumaczyła faktem spotkania się z rodziną. Prawdopodobnie jednak w tym czasie załatwiała interesy na pobliskiej Ukrainie w związku z hodowlą owczarka nizinnego. Potem wróciła opalona, wypoczęta i najedzona, interesy musiały być owocne. Na dźwięk słowa "wilczur" reagowała gwałtownie, co pewnego razu nieomal skończyło się wyrwaniem deski z łóżka i zdzieleniem nią opiekuna, który nieopatrznie użył wyżej wzmainkowanego słowa.

Agnieszka J.: Z odwiedzanych cerkwii najbardziej ze wszystkiego interesowały ją sznury, zwłaszcza te, które zakończone były dzwonem. Z zapałem wprowadzała go w stan drżenia, co wiązało się z wprowadzeniem stanu wyjątkowego we wsiach, które odwiedzaliśmy. Sołtys jednej ze wsi zaproponował Agnieszce aby została głównym ministrantem w parafii, ale nie zgodzili się na to pracownicy Bieszczadzkiego Parku Narodowego.

Marysia G.: Wszystkie jej sprawy orbitowały wokół łysiejącego sportowca z Francji tzw. Zidana. Najchętniej zamiast Nutelli jadłaby Zidanellę, a zamiast jogurtu Danone raczyłaby się jogurtem Zidanone. Często otrzymywała tajemnicze SMS-y, choc były to dla niej z pewnością ZIDANES-y. Kiedy zaczęła schodzić z niej spalona warstwa naskórka zaczęło się kwękanie, tak jakby to obok stał sam Zidane i pełnił funkcję wszystkowidzącego Big Brothera. Marysia przez cały obóz marzyła aby zostać sprzątaczką tego pana.

Magda M.: Wystarczyło spojrzeć na jej buty marki "glany", aby wiedzieć, że od samego początku będzie groźna; każde jej wyjście do baru czy autobusu wiązało się z uzyskaniem wielu wolnych miejsc siedzących, gdyż jej tupnięcie glanem prawym wywoływało respekt, tupnięcie lewym przestrach; tupnięcie oboma glanami powodowało panikę. Aby wyglądać jeszcze groźniej zraniła się w palec, zabandażowała go budzącym szacunek bandażem. Na jego widok po ludziach pozostawały w lokalach jedynie wiatr i resztki włosów.

Hania M.: Zdecydowanie nie podobał się jej fakt, że nocą ludzie chcą spać. Dlatego kiedy zauważyła, że współobozowicze już śpią budziła wszystkich krzykiem lub fragmentem monologowym po czym szybko zamykała oczy, aby nie było na nią. Kiedy kilka osób pospadało z łóżek miała największą satysfakcję.

Agnieszka N.: Podczas obozu kolekcjonowała różne dziwne rzeczy, pobijając rekord pomysłowości w Ustrzykach Dolnych, gdzie w tamtejszym barze przygarnęła klucz do WC. Kiedy klienci zaczęli drapać drzwi i szarpać klamkę ubikacji szef baru rozpoczął energiczny pościg. Gonił Agnieszkę około 2 godzin po bieszczadzkich bezdrożach aż w końcu odebrał jej metalową pamiątkę. Od tamtej pory właściciele barów na widok grupy TRAMP wystawiali deskę z dziurą aby nie ryzykować utraty klucza.

Monika K. (Żymła): Często idąc na końcu grupy bacznie ją obserwowała po czym wieczorem wszystkie spostrzeżenia skrzętnie zapisywała i wkładała do koperty. Rano wcześnie wstawała, aby wszystkie notatki przesłać do Krakowa. Jej pseudonim agenturalny brzmiał Żymła. Tylko raz nie nadała meldunku, kiedy schodząc z gór upadła w pokrzywy i poparzyła sobie kończyny, między innymi kończyny górne. Schodząc szlakiem do Ustrzyk wszystkim zademonstrowała zagadkę: - co to jest: wrzeszczące pieczywo? Odp.: żymła w pokrzywach.

Marlena K.: Razem z Małgorzatą M. uprawiała niecny proceder wykupywania co lepszych produktów żywnościowych podczas porannych zakupów. Rano zawsze spóźniała się kilkanaście minut do schroniska, gdyż potrzebowała czasu aby ukryc w okolicznym lesie świeże jogurty i pieczywo, a zamiast tego przynieść dla grupy sucharki i starą maślankę kupione za pół darmo u miejscowego hurtownika. Zaoszczędzone pieniądze przelewała na swoje konto w PKO.

Gosia B. Podpadła wszystkim już podczas nocnej podróży w Bieszczady, kiedy wszyscy zapragnęli pospać- budziła wszystkich donośnym głosem, co doprowadzało śpiących do wysokiego stopnia agresji, a kierowcę do nieskoordynowanych ruchów kierownicą. W ten sposób doszło do zrównania z szosą 4 kur domowych i spłaszczenia 5 żab zielonych. Na obozie strzeliły jej galoty.

 

Anita G.: Kolejnytajniak uprawiający działalność Aagenturalną ukrywający się pod subtelnym płaszczykiem dobrego zachowania. W rzeczywistości mózg siatki wywiadowczej wschodniej Polski, zajmującej się przekazywaniem danych obozowych do państw ościennych. Kolor jej skóry sugerował z kim się zadaje, choć trudno było jednoznacznie stwierdzić czy chodzi o komunistów, czy Indian. Często korzystała ze służbowego telefonyu komórkowego nadając zaszyfrowane hasła oraz z aparatu fotograficznego robiąc zdjęcia z ukrycia. O mało co nie sypnęła wspólnika podając nieostrożnie jego imię podczas rozmowy z guru, który "znać cała prawda".

Monika K.: Zamachowiec destruktor. Podczas jednego z posiłków dokonała próby oparzenia opiekuna gorącą wodą, na szczęście jednak źle obliczyła zasięg strumienia wrzątku. Dokonała destrukcji kilku łóżek, wyrywając z nich deseczki, odpiłowując metalowe części i wyrywając sprężyny. W drewnie z deseczek rzeźbiła zwierzątka, metalowe rurki cieła na branzoletki, a ze sprężyn robiła szprychy do rowerów. Wszystko to sprzedawała później po domach i na miejscowych straganach, a pieniądze uzyskane ze spzredaży przeznaczała na dofinansowanie drogich obiadów.

(autor to oczywiście p. Grzegorz L.)

Opinia uczestników obozu po dwóch tygodniach wnikliwej obserwacji:

Grzegorz L.: Tradycyjnie starał się zamykać peleton Trampów- choć w tym roku z coraz mniejszym skutkiem.W plecaku w tajemnicy ukrywa apteczkę służącą do udzielania pierwszej pomocy. Ale myliłby się ten, kto liczyłby na pomoc tę w momencie krytycznym (jak np. krwotok w połowie wspinaczki na Połoninę Caryńską lub skręcenie karku na 82- metrowej zjeżdżalni basenowej w Ustrzykach Dolnych).Pan Leśnik G. afiszuje się swoim Dyplomem Pielęgniarskim, ale prawie nigdy nie dodaje, że kurs miał na celu naukę samoobrony (jednym z wykładowców był Andrzej Lepper- lider pokrewnego kierunku samoobrony).Ostatnio skaleczył się otwierając pasztet drobiowy- dzielnością i fachowym naklejeniem plastra zaimponował nawet kierowniczce schroniska w Kalnicy k/Wetliny.W końcowe dni obozu zauważono, że z panem Leśnikiem G. jest coś nie tak. Niedojada snickersów, zostawia drożdżówki (by posilić bardziej głodnych turystów), siada w tylniej części busu i częściej niż na początku obozu korzysta z budki telefonicznej (z kierunkiem 1033) i aparatu marki Ericsson.Zaniepokojone Trampy mogą jednak spać spokojnie, bo przyczyną zgryzot pana Leśnika G. jest rzecz z pozoru banalna, choć chodzi o prywatną szczotkę do czyszczenia butów. Jutro nie idziemy wszakże na szlak, a zaraz po powrocie do domu, pan Leśnik G. skrupulatnie i z całą swoją angielską dokładnością wyszoruje traperki.

Gabriela B.:Gdy dwa lata temu- w Górach Świętokrzyskich pani Gabrysia z domu B. zapałała miłością (nie) odwzajemnioną do hut, nikt nie przypuszczał, że miłość tę przeleje na tak wdzięczny obiekt jak- CERKIEW. A że na Wschodnim Podkarpaciu- czyli w Bieszczadach- tychże można spotkać najwięcej, tegoroczni kandydaci na obóz TRAMP zostali dobrowolnie zmuszeni, by na dwa tygodnie odłączyć się od cywilizacji XXI wieku. Jedyni homo sapiens, jakich tu spotykaliśmy poruszali się... białymi busami. Sobie tylko znanymi sposobami zmuszała kierowców do dowożenia obozowiczów do najodleglejszych z odległych końców świata. aby pozory były zachowane, pani Gabrysia faszerowała kierowców tabletkami własnej produkcji, wywołującymi dobry humor. (Zwłaszcza u młodszego i bardziej opornego Andrzeja S. z Cisnej).Do właścicieli kluczyków z okolicznych cerkwi dzwoniła zazwyczaj ze szczytów i połonin, nie ukrywając swojego zniecierpliwienia, gdy kończył się zasięg.W chwilach wolnych pani Gabrysia z domu B. poświęca się bez reszty grze w "państwa- miasta". Jedynym słabym punktem jest kategoria: FILM, ale pani Gabrysia radzi sobie jak może, obmyślając tytuły przyszłych super produkcji, których nie powstydziłby się sam Steven Spielberg.

(autor: Justyna S.)

powrót do strony pierwszej

powrót do początku strony
powrót do strony poświęconej obozowi siódmemu


TRAMP - koło turystyczne przy Liceum Sióstr Urszulanek w Rybniku etramp@poczta.onet.pl